Kraj kolorów i kontrastów – cz. 1

Zapach kardamonu unoszący się w powietrzu i ostra nuta chilli. Psy drzemiące na ulicy całymi dniami i wolno paradujące po ulicach krowy. Wyziewy miejskiej kanalizacji zmieszane z zapachem perfum i kwiatów champa. Bogacze i ubodzy. Hindusi, muzułmanie, chrześcijanie – tu święte drzewo, tam meczet, a za rogiem kościół. Serdecznie spoglądające na mnie twarze, ale i chciwe oczy podstarzałych mężczyzn. Kraty w oknach pociągu. Slumsy. Srebrna limuzyna mknąca ulicami Bombaju. Ptaki w Jaipur i kraby na Goa.

Ciężko pomieścić Indie w słowach. Ciężko mi w ogóle o nich pisać, gdyż podczas ostatnich dwóch tygodni targały mną bardzo sprzeczne emocje – od nienawiści do miłości. Najpierw Indii się trochę bałam, potem się w nich zakochałam. Nie sposób opowiedzieć tego co się wydarzyło tam na miejscu ujmując wielość historii i spotkań jedną spójną narracją. Postanowiłam więc, pokazać Wam Indie w obrazach. Jak to powiedziała moja znajoma: „Idziesz ulicą, nic się nie dzieje, a tu nagle bach!”. Niby leniwa podróż, niby przechadzka po bazarze, ale jednak w głowie utkwiły mi bardzo konkretne zdarzenia, bardzo konkretni, napotykani po drodze ludzie. Posłuchajcie!

1: Hotel

Pierwsze 5 minut w Indiach i od razu nakrzyczał na mnie taksówkarz! „Czekam już godzinę…” – usłyszałam zamiast „Dobry wieczór”. Zaczęłam się tłumaczyć, że samolot był spóźniony, że przecież nie moja wina. Pokiwał głową z dezaprobatą, a ja powlekłam się za nim do samochodu. Chcąc udobruchać mojego kierowce zaczęłam, go podpytywać skąd jest, czy długo mieszka w Delhi. Okazało się, że to Nepalczyk – parę słów w jego rodzimym języku i moje akcje poszły w górę! Ufff! Może dojedziemy szczęśliwie na miejsce – pomyślałam. I jak tylko pomyślałam, ruszyliśmy w stronę miasta. Mój taksówkarz okazał się niezłym gawędziarzem – w ciągu 10 minut streścił mi łamanym angielskim mieszanym z Nepali całą historię swojego życia. W międzyczasie im bardziej on się ekscytował przytaczaną historią, tym bardziej ja się ekscytowałam, a może raczej niepokoiłam jego brawurową jazdą samochodem. Co pięć sekund zmiana pasów, skręty z piskiem opon… jazda pod prąd! Nie wspomnę już nawet o braku potrzeby używania kierunkowskazów – no bo po co? Kto pierwszy ten lepszy! Najpierw pomyślałam sobie – nie no wariat… Ale po wnikliwych obserwacjach okazało się, że tak jeździ całe Delhi!

Na tym jednak, nie koniec było wariatów… Gdy dojechałam na miejsce, uprzejmy młodzian odprowadził mnie do pokoju. Niby hotelik podrzędnej klasy, trochę brudny, ale jednak obsługa bardzo miła – pomyślałam. Za pięć minut kolega przytuptał z powrotem z butelką wody w zanadrzu. No super! Ucieszyłam się, bo po podróży byłam bardzo spragniona. Gdy po raz trzeci zapukał do drzwi, był już z telefonem – „Mogę sobie zrobić z Tobą selfie?”. Zdębiałam! Welcome to India!

2 – My nie mówimy…

Pod długim spacerze weszłam z moim przyjacielem do małej knajpki w Bombaju. Było tłoczno i duszno. Znaleźliśmy tylko jeden wolny stolik, co zapowiadało niezłą ucztę – Tata nauczył mnie, że jeśli chodzi o jedzenie warto iść za tłumem – w szczególności „lokalsów”, a ja okazałam się być jedyną bladą twarzą w barze. Zamówiliśmy jedzenie i coś do picia. To był mój ostatni wieczór w Indiach. Smutno. Za chwilę będę wyjeżdżać. Tyle wrażeń, tyle dobrych wspomnień, tyle dobrych ludzi napotkanych po drodze. Z żalem przychodziło mi rozstanie i ruszenie w dalszą drogę…

„No to wypijmy za spotkanie i Twoją bezpieczną podróż!” – zaproponował mój towarzysz.

„Okej! A jak się mówi na zdrowie w hindi?”

Shel zamyślił się, zmarszczył czoło i po paru chwilach odrzekł: „My w Indiach nic nie mówimy. My po prostu pijemy i jemy!”. W sumie to po dwóch tygodniach podróży stwierdzam, że sporo w tym racji.

3 – Ganges

Będąc w Varanasi wstałam o 4:00 nad ranem i łodzią wypłynęłam na Ganges. Miasto już dawno zbudziło się ze snu, a rzesze wiernych gromadziły się nad rzeką szykując się do porannych uroczystości. Gdy przybiliśmy do brzegu trzeba było się przeciskać przez tłumy kobiet obmywające swoje ciała w świętych wodach. Było dość chłodno (oczywiście jak na standardy Indyjskie). Na tyle chłodno, że zdecydowałam się wypić herbatę z mlekiem i masalą. Intensywny zapach przypraw rozbudził wnet zmysły i gdy zaczęła się uroczystość byłam już całkiem przytomna. Najpierw chór kobiet zaintonował pieśń – monotonna, jednostajna nuta sprzyjała kontemplacji, ale i kołysała do snu ludzi, którzy dopiero co otworzyli oczy. Ktoś tam spał na schodach, ktoś ziewał podpierając ręką ciężko opadającą głowę. Kapłani wyszli na brzeg rzeki, i patrząc się na horyzont rozpoczęli rytuał błogosławieństwem ognia. Słońce powoli wschodziło, gdy do rzewnej melodii śpiewanej przez obecne kobiety włączyły się inne instrumenty. Ogarnęło mnie ogromne wzruszenie. Gdy schodziłam w stronę rzeki nad wodami Gangesu unosiła się mgła, gdzieś tam za chmurami na pewno wzeszło już słońce.

Wracając w stronę starego miasta widziałam z daleka palące się stosy. Dym unosił się w powietrzu z daleka przykuwając uwagę i tubylców i turystów. To zmarli tam płoną. Każdy jeden stos to jedno ciało, a zwłoki tych, który nie mogą ulec spaleniu zgodnie z zasadami religii hinduskiej, na przykład kobiet w ciąży, czy trędowatych, wrzucane są do wód Gangesu. Ponoć czasem wypływają po drugiej stronie rzeki…

Gdy dobijaliśmy do brzegu czekał na nas pełen przegląd faz porannej toalety – mieszkańcy Varanasi zeszli na brzeg dokonywać porannych ablucji. Ktoś tam prał swoją koszulę, ktoś mył zęby i płukał je w wodzie z rzeki, ktoś inny załatwiał obok swoje potrzeby fizjologiczne, ktoś mył głowę… Wszystko na przestrzeni jakiś 5 metrów. Ganges. Naprawdę dobrze zapamiętałam Ganges.

4 – Ptaki

Najpierw zwróciłam uwagę na jego uśmiechniętą twarz. Po prostu promieniał szczęściem. Szłam drugą stroną ulicy i robiłam zdjęcia. Podeszłam nieśpiesznie. Mężczyzna lat około pięćdziesięciu siedział na małym stołeczku, a przed nim stały misy z ziarnami. Ziarna żółte, duże i mniejsze, burobrązowe i małe czarne kuleczki. „Co to?” – zagadnęłam.

„To ziarna dla ptaków” – wytłumaczył mi mój rozmówca – „Na szczęście”. Jego oczy promieniały radością, a morze ptaków kłębiło się za jego plecami. Bardzo chciałam jakoś mu pomóc i coś od niego kupić, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do większości straganiarzy, nie chciał mnie namawiać na zakup, po prostu siedział i się do wszystkich uśmiechał. Niestety w portfelu miałam ostatnie grosze, znacznie mniej niż wynosiła cena miski z ziarnami. „Nic nie szkodzi. Liczą się dobre intencje”.

Wzięłam miskę i poszłam karmić gołębie. Kłębiły się pod moimi nogami i pogruchiwały radośnie, równie radośnie jak uśmiechał się do mnie sprzedawca ziaren.

„Mam ten sklep już od dwudziestu lat. Wcześniej miał go mój ojciec. Przychodzę tu dzień w dzień, by dawać ludziom i gołębiom uśmiech i szczęście. My, Hindusi, zanim pójdziemy do świątyni powinniśmy zrobić jakiś dobry uczynek. Często ludzie właśnie karmią ptaki. Rano nad jeziorem, a popołudniem tu…”

Wielokrotnie później chodząc ulicami Indii jak widziałam kogoś sprzedającego ziarna to wrzucałam dwa grosze. W sumie czemu nie?

Autor: Joanna Zubkow

2 thoughts on “Kraj kolorów i kontrastów – cz. 1

  1. Małgorzata

    Napiszę po prostu : mało.. za krótko… niedosyt.. jeszcze.. proszę o dalsze obrazy.. slowne i footograficzne…czytając odrywam się od ziemi i dotykam tej subtelniejszej strony życia.. to cudowny stan uniesienia.. chcę tak dalej… 🙂 czekam z niecierpliwością z pięknym uczuciem niedosytu…

    Odpowiedz

  2. Paulina

    czytając i oglądając foty czuję tamtejszy zapach kadzidla wymieszanego z aromatem ulicznego jedzenia a oddech wypelnia posmak tamtejszego smogu –
    tak prawdziwe, tak bajeczne, tak inne

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *