Kraj kolorów i kontrastów – cz. 2

5 – Wesele

Dawno nie byłam tak podniecona! Szybko wzięłam prysznic i założyłam strojne szaty. Jeszcze makijaż, perfumy i będę gotowa. Gorąc był wręcz niemożliwy do zniesienia – byłam pewna, że po pięciu minutach mój tusz do rzęs po prostu spłynie… Wczoraj spłynął – wszak był to już drugi dzień indyjskich zaślubin!

Z daleka rozlegały się odgłosy bębnów. „Ocho! Chyba się zaczyna!” – powiedział mój towarzysz – „Gotowa?”. Byłam gotowa! Wzięłam aparat i poszliśmy. Mały tłum gromadził się już koło mostu wiodącego na plaże. Pan młody ubrany był w różowy zdobny turban, a najbliższa rodzina w pomarańczowe mniej okazałe nakrycia głowy. Zgodnie z tradycją wesele hinduskie rozpoczyna się tanecznym pochodem rodziny młodego na miejsce zaślubin. Pan młody oczekuje tam na narzeczoną, która również przy wtórze bębnów dołącza do przyszłego męża.

Ostatnie zdjęcia pamiątkowe z „jeszcze kawalerem” i ruszyliśmy! Wszyscy goście ze strony przyszłego męża poszli w tan, powoli korowód przemieszczał się mostem w stronę morza. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy przybyliśmy na miejsce głównych ceremonii.

Bębny zamilkły. Dwie minuty, trzy… Pewna starsza kobieta, jak się później okazało matka pana młodego, wyszeptała do koleżanki pod nosem: „No naprawdę. Zaczynać małżeństwo od spóźnienia! To nie wróży nic dobrego…” Ale mimo opóźnień w rozpoczęciu ceremonii ślub się odbył, a młodzi wyglądali na bardzo szczęśliwych!

Przepych, bogactwo kolorów i zapachów, ogień, wieńce z kwiatów, goście rzucający w młodych płatkami róż, sztuczne ognie i chińskie lampiony – hinduski ślub był przepiękną ceremonią z bogatą symboliką i pełnymi znaczenia drobnymi gestami.

A po ślubie, po pamiątkowych zdjęciach poszliśmy na wesele! Dużo można byłoby opowiadać o tym co się wydarzyło tamtej nocy. W największym możliwym skrócie: zaraz po obiedzie rozpoczęły się tańce i śpiew na żywo (Schel rówież śpiewał: „Para bailar la bamba”!!!), potem koło godziny dwunastej skończyła się oficjalna uroczystość i zaczęła się impreza tzw. afterparty! Pamiętam, że bardzo dużo tańczyłam i że śpiewałam hinduskie przeboje z DJ, który grał na imprezie. Pamiętam również, że koło trzeciej w nocy poszliśmy wszyscy na plaże. Woda była ciepła, wiał przyjemny wiatr. To była piękna noc, a spóźnienie panny młodej chyba nie zaważyło na poziomie szczęścia nikogo z gości czy też zainteresowanych!

6 – Święte krowy

Nie wiedziałam jak przejść… Z lewej strony drogi było małe wysypisko śmieci, z drugiej stały trzy krowy, a dokładnie między śmieciami, a samymi krowami, było mnóstwo odchodów… To jest chyba ten moment kiedy trzeba zmienić trasę! – pomyślałam i zmieniłam.

Z jednej strony hindusi wierzą, że w krowach mieszkają bogowie i czczą je zgodnie z prawami swojej religii. Z drugiej strony większość krów, które spotykałam po drodze, to były chodzące szkielety, dosłownie skóra i kości, wyjadające odpadki ze śmieci porozrzucanych na drodze. Jak to możliwe? Świętość, ale… sprowadzona do bruku! Ta myśl nie dawała mi spokoju podczas podróży. Szkoda było mi tych zwierząt – zaniedbanych, choć uwielbianych przez tłumy.

Poznawanie innych kultur i krajów czasem wymaga od nas pokory. Czasem nie trzeba rozumieć, nie trzeba się zastanawiać, trzeba po prostu pewne rzeczy przyjąć.

7 – Miłość

Wysiedliśmy z metra i od razu porwał nas tłum. Na stacji Old Delhi roiło się od ludzi spieszących do pracy, z pracy, na bazar, do szkoły. Nie mogłam złapać orientacji w przestrzeni. Rakesh i Gośka pomknęli gdzieś przede mną. Nagle mój wzrok padł na leżącą pod ścianą starszą kobietę. Było coś niesamowitego w jej oczach – jakieś wielkie cierpienie, ale i wielki pokój. Leżała na kartonie, wkoło niej porozrzucane były śmieci, resztki jedzenia, koło niej wiernie siedział mąż, trzymał ją za rękę gładził po głowie… Dookoła na ruch – psy, ludzie, stragany, turyści, a pośrodku tego zgiełku tyle miłości!

8 – Wiara

W powietrzu czuć było podniecenie. Ludzie powoli gromadzili się w świątyni, zostawiali buty na zewnątrz i z naręczami kwiatów, owoców i słodyczy pędzili do części centralnej budynku. Świątynia boga-małpy to jedno z głównych miejsc kultu w Varanasi. W powietrzu unosił się słodki zapach kadzideł. Przeszłam dookoła budynku, uważnie przyglądając się wydeptanej przez tysiące osób posadzce, posążkom bożków wytartym od dotyku tysięcy rąk pielgrzymów, codziennie przybywających do świątyni.

Nagle odezwał się gong, tłum zawirował, zadudniły bębny! „Otwierają bramę! Chodź, chodź! Szybko!”. Pobiegliśmy z całą resztą obecnych. Ludzie z ofiarami spieszyli w stronę pomarańczowego posążka – wyraz skupienia na twarzy, religijna ekstaza, podskakujący z przejęcia bramini w białych szatach i z białymi znakami na czole. Mnie też udzielił się podniosły nastrój. Nigdy nie widziałam takiego zaangażowania, takich emocji, takiej… wiary!

Mój znajomy kiedyś powiedział: „Europa boi się imigrantów, gdyż nie ma własnej tożsamości. W Indiach żyją chrześcijanie, muzułmanie, hindusi, sikhowie, jain i wiele, wiele innych religii, ale każda z tych grup ma swoją silną tożsamość – nie boi się inności, bo wie jaka jest jej tradycja, w co wierzy i skąd pochodzi. Europejczycy nie mają już wartości i powoli tracą swoją kulturę, dlatego imigranci stanowią dla Europy zagrożenie.” Ciężko się nie zgodzić z tą diagnozą…

9 – W kontrze

Mknęliśmy taksówką przez ulicę Bombaju. Opuściliśmy naszą dzielnicę i jechaliśmy w stronę centrum. Po lewej stronie mijaliśmy budzące się do życia o poranku slumsy. Buda przy budzie, człowiek na człowieku, wszystko to pozostawało za szybą samochodu, jakby nierealny świat, jednak bardzo realny dla mieszkańców tego miasta. „Popatrz tam! Widzisz ten wieżowiec?”. Widziałam! Ogromne gmaszysko, ze dwadzieścia pięter, ciekawie zaprojektowana bryła już z daleka przyciągała wzrok przechodniów. Jak się okazało był to dom słownie JEDNEJ rodziny. Cztery osoby mieszkały w całym tym budynku, nie licząc oczywiście służby i osób najętych do obsługi siłowni, basenu, restauracji, baru etc. etc. Popatrzyłam na budynek i na widoczny za zakrętem drogi slums i pomyślałam, że jedząc w swojej restauracji właściciele muszą widzieć tych ludzi z okna…

Tak rozpoczął się nasz spacer po Bombaju. Spacer niezwykły, gdyż tropami młodości mojego przyjaciela. Widzieliśmy więc jego uniwersytet, budynek w którym odbywały się próby jego chóru, śpiewaliśmy w katedrze, zobaczyłam również sklep w którym Shel kupował z Tata swoje pierwsze w życiu… kasety! Ale to była radość! Myślę, że obopólna, bo mój znajomy wyraźnie się ożywiał, gdy odwiedzaliśmy znane mu z młodości miejsca (obecnie nie mieszka już w Indiach, tylko odwiedza od czasu do czasu najbliższą rodzinę).

Spacerując tak nie mogłam jednak odgonić z mojej pamięci porannych obrazów. Kontrast między biedą, a bogactwem w Bombaju był wręcz porażający. Szliśmy piękną ulicą, wszędzie cudowne domy, jednak na chodnikach bieda, ubodzy, żebracy. Tam gdzie przed sekundą minęła nas lśniąca srebrna limuzyna, zaraz na drodze pojawiała się wychudła krowa, albo riksza z kierowcą z odpadającą podeszwą od butów. Idąc na kolejkę mijaliśmy biznesmenów wychodzących z biur z walizkami i harcerzy w czystych wyprasowanych mundurkach, żeby tylko za rogiem patrzeć jak wielodzietna rodzina śpi na śmieciach, jak dzieci grają w krykieta rozpadającymi się ze staroci piłkami, wycierając umorusane twarze o podarte ubrania.

Mimo to dzieci się śmiały, a ich rodzice z radością w oczach patrzyli na swoje pociechy. Ciężko było im współczuć do końca, gdyż widać było między nimi ogromną miłość. I tak Bombaj, jak i całe Indie pozostawił we mnie ziarno smutku, ale i pokoju.

Autor: Joanna Zubkow

One thought on “Kraj kolorów i kontrastów – cz. 2

  1. Małgorzata

    Jeszcze chcę twoich obrazów.. piszesz tak, że moja wyobraźnia zapomina o granicach.. podróżuje razem z tobą.. dzisiaj wirtualnie.. ale z każdym kolejnym postem na twoim blogu jestem pewna, że chcę tam pojechać…dziękuję Ci …

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *