Kraj kolorów i kontrastów – cz. 3

10 – Rodzinnie

„Ooo! Niebo się zachmurzyło! Cudowna pogoda! Trzeba by teraz iść na plażę!”. Nie wiem jak Wy, ale z moich doświadczeń zawsze wynikało, że jak niebo się chmurzy to właśnie pogoda się psuje, a na plaże najlepiej iść jak świeci słońce. W Indiach jest inaczej. Jak tylko jest choć trochę pochmurno, wszyscy zacierają ręce, wyjmują z szafy ręczniki, stroje kąpielowe i biegną nad morze!

To była moja przerwa w podróży – po szalonych tańcach na indyjskim weselu dołączyłam do wakacji mojego przyjaciela z Bombaju, który przyjechał z Polski odwiedzić swoją rodzinę i spędzić z nimi trochę czasu na Goa. Zapytał czy chciałabym dołączyć, skoro jestem w Azji – odpowiedź była oczywista!

Nie sądziłam jednak, że spotka mnie aż takie szczęście! Nie dość, że już po jednym dniu zrozumiałam, że jestem naprawdę zmęczona dotychczasową podróżą i parę dni przerwy dobrze mi zrobi, to jeszcze zostałam przygarnięta przez rodziców i brata Schela prawie jak członek rodziny! To był piękny, wzruszający czas, który w mojej głowie pozostawił wspomnienia palm, basenów i przepięknych zachodów słońca! Spróbowałam gry w krykieta i ugryzł mnie krab! Bawiłam się z dziećmi w basenie i prowadziłam interesujące dysputy o kulturze indyjskiej nad talerzem piekielnie ostrej ryby! Utyłam chyba ze sto kilo!

 

Piękny cudowny czas, ale nade wszystko, piękni, serdeczni ludzie! Mama Schela okazała się aniołem, który w potrzebie pożyczył mi nawet swoje ubranie. Tata, głowa rodziny, raczej małomówny, ale jak już się odezwał to budził posłuch całej familii, a czasem zaskakiwał zawadiackim żartem. Melroy, brat mojego znajomego, okazał się niezłym przewodnikiem po realiach kultury indyjskiej i istną skarbnica informacji. A dzieci… po prostu je pokochałam!

Wyjeżdżałam więc i żegnałam się z tą nową rodzinką na krańcu świata, ze łzami w oczach. Doświadczyłam tyle ciepła i miłość, że nawet teraz jak sobie o tym przypominam, nadal ogarnia mnie wzruszenie!

11 – Biznes to biznes

„Tip, madam, tip!” No chyba wolne żarty! Po pierwsze mój taksówkarz się spóźnił i ledwo wyrabiałam się na lotnisko. Po drugie i tak już słono zapłaciłam za ten kurs, bo jechaliśmy daleko za miasto, a po trzecie płacąc za taksówkę wcześniej ustaloną kwotę w hotelu, tak czy siak pozbyłam się resztek waluty.

Niestety, żądanie „tipa” było głośne i bardzo roszczeniowe. Im głośniejsze i bardziej roszczeniowe były okrzyki mojego taksówkarza tym bardziej wzrastała moja frustracja. Zaczęłam racjonalizować – wiem, że to inna kultura, ludzie pracujący w usługach przyzwyczajeni są do dostawania napiwków „za nic”, jestem europejką – to tak jakbym miała na czole wypisane „mam worek pieniędzy, jak będziesz głośno i długo krzyczał, na pewno Ci coś skapnie”. Postanowiłam spokojnie wysiąść i po prostu odejść. Ciężko mi było wytłumaczyć mojemu kierowcy sytuację, zwłaszcza, że nie mówił zupełnie po angielsku, o polskim już nie wspomnę. Idąc długo jeszcze słyszałam jego krzyki. Niesmak pozostał.

12 – Shopping

Myślałam, że dostanę oczopląsu, gdy weszłam do sklepu bławatnego w Jaipur. Weszłam w sumie przypadkiem. Było gorąco i byłam pewna, że w sklepie będzie klimatyzacja – ładny był z przyciemnianym szybami, taki „ęą”, zero bazaru. Miałam rację! Klimatyzacja hulała w najlepsze. W ciągu dosłownie sekundy dopadli mnie sprzedawcy. Ocho! Zaczyna się… pomyślałam i postanowiłam, że kupię tu jakąś chustkę (i tak planowałam kupić prezenty dla przyjaciół i rodziny) i będę przeciągać akcję jak najdłużej – był środek dnia, godzina dwunasta, gorąc, a klimatyzacja dawała radę! Nie protestowałam więc, gdy panowie zaproponowali, że pokażą mi naturalne metody barwienia tkanin. Pobawiłam się farbami, potem wypiłam z miłą obsługą herbatkę i zaczęły się targi. Koniec końców kupiłam trzy szale dla familii i już miałam wychodzić gdy… „Może przymierzy Pani nasze sari? Tylko dla zabawy, nie żeby kupować”. Wow! Zawsze mi się podobały sari. W sari każda kobieta wygląda po prostu olśniewająco. Gdy wychodzi się na dowolną ulicę w Indiach od razu uderza bogactwo kolorów, wzorów i ozdób. Nie mogłam się więc nie skusić na taką propozycję. I rzeczywiście, leżało jak ulał!

„Hm… idę niedługo na wesele… może by tak kupić?” – zaczęłam rozważać tę opcję. Koniec końców jednak rozsądek wziął górę i postanowiłam, że jeśli już się będę decydować to szybciej dokonam takiego zakupu w Delhi. Będzie taniej i większy wybór!

Nic bardziej mylnego. Na głównym bazarze w Delhi błądziłam parę godzin. Wszystkie stoiska na w Old Delhi oferowały te same koszmarne wzory i materiały pozostawiające wiele do życzenia. Daleko było im do jakość sari z Jaipur, za to przemierzanie krętych uliczek bazarów, negocjowanie ze sprzedawcami, patrzenie jak się wdzięczą demonstrując mi na sobie jak leży tkanina (wszyscy sprzedawcy oczywiście byli mężczyznami), było dość wesołym doświadczeniem. Najweselsze było jednak chodzenie po zapleczach sklepów. To co widać z ulicy na pierwszy rzut oka nigdy nie jest tym co kryje się za drzwiami zaplecza! Gdy marudziłam w przy jakimś stoisku zbyt długo sprzedawcy na ogół zapraszali mnie „za górę”, tam wśród sterty materiałów i śmieci mogłam spokojnie napić się wody i przejrzeć „towar spod lady”. Koniec końców sari nie kupiłam, ale i tak warto było szukać!

13 – Nie fair

Siedzieliśmy w barze. Piwo. Dużo piwa. Trochę chilli paneer – nawet jeśli powiecie, że ma nie być zbyt ostre, to i tak język staje kołkiem. Pyszne! Chyba powoli zaczęłam przywykać do Indii i ich smaków. W barze grała głośna muzyka w cudaczny sposób korespondująca z wyświetlanymi w telewizji walkami indyjskich mięśniaków. Było bardzo miło – przepyszne jedzenie, dobre rozmowy, zdjęcia. Trochę rozmawialiśmy o Polsce, trochę o Indiach, trochę o fotografii. Nasz kolega, jak to na dżentelmena przystało, postanowił w końcu uregulować rachunek i odprowadzić nas do domu.

Po kilku minutach zorientowałam się, że coś jest nie tak. Nasz host żywo rozmawiał z kelnerem, gestykulował, kelner kiwał głową i wzruszał ramionami.

„Nie akceptują indyjskich kart płatniczych. Jak to możliwe, że we własnym kraju nie mogę zapłacić swoją kartą?” – wycedził przez zęby nasz znajomy. Zaczęłyśmy go uspokajać, że to nic, że przecież możemy zapłacić gotówką, że szkoda nerwów.

„Nie o to chodzi. Wiem, że można zapłacić gotówką. Ale jak to możliwe, że w moim własnym kraju nie mogę w spokoju zapłacić kartą wydaną przez indyjski bank. Przecież uczciwie pracuję. To mój własny kraj…”

14 – Wsiąść do pociągu

To był mój pierwszy dzień w Delhi. Z trudem odnajdywałam się w zastanej rzeczywistości. Tłok, zgiełk, brud i skwar, a trzeba było jakimś cudem dostać się na stację kolejową i wsiąść do właściwego pociągu… Wymyśliłam, że wyjdę przed hostel i po prostu zgarnę rikszę. Jakże mylne było to założenie! Okazało się szybko, że nawet riksze stoją w korkach, a moja ulica była sparaliżowana komunikacyjnie z powodu jakiegoś wypadku. Wzięłam plecak na plecy i ruszyłam w stronę stacji – „To nie może być, aż tak daleko…” pomyślałam. W teorii rzeczywiście nie było, ale przedzieranie się przez tłum ludzi pędzących wśród straganów w godzinach szczytu, z dwoma plecakami na grzbiecie, nie należy do komfortowych sytuacji.

Gdy dotarłam na stację najpierw uderzyła mnie liczba ludzi śpiących przed wyjściem do hali. Na podłodze, na ławkach, wśród nich przechadzające się wygłodniałe psy. Jakoś udało mi się przebić przez ten tłumek i dobrnęłam do wejścia. Tam po kontroli bezpieczeństwa weszłam na teren dworca. „No pięknie – to teraz tylko wystarczy znaleźć dobry pociąg i jestem w domu!”. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale jak to często w podróży bywa „koniec języka za przewodnika” i koniec końców udało mi się szczęśliwie dotrzeć.

Pociągi w Indiach to sprawa interesująca. Różne są ich klasy i standardy – ja zdecydowałam, że na kolejny dzień chcę być żywa, więc kupiłam bilet w pociągu nocnym z kuszetką. Wielki wagon bez przedziałów, za to z setką łóżek został podstawiony na właściwy tor i… wsiedliśmy!

Minęło pięć, dziesięć, piętnaście minut… Pół godziny! Godzina! Moi współpasażerowie nie wydawali się zaniepokojeni, ale ja byłam więc postanowiłam dopytać czy to na pewno dobry pociąg, czy na pewno miał odjeżdżać o 7. „Tak, tak, proszę Pani, ale to Indie. Nie wiadomo kiedy odjedzie.” Acha! Zrelaksowałam się więc i zaczęłam nawiązywać stosunki towarzyskie. Pod koniec jazdy pociągiem znałam już pół wagonu: przyjazną starszą parkę podróżującą na pogrzeb do Varanasi, schorowanego staruszka, który jechał z żoną i córką, parkę z Rosji i ich przewodnika! Podróż szybko nam minęła – zostałam nakarmiona, napojona, opowiedziano mi wiele ciekawych historii, a kozetka koniec końców okazała się wystarczająco wygodna, by o poranku mieć ochotę do życia i działania i nie ziewać co pięć sekund. Jakby ktoś mnie pytał – pociągi rządzą!

Autor: Joanna Zubkow

One thought on “Kraj kolorów i kontrastów – cz. 3

  1. Małgorzata

    To była wspaniała podróż przez Indie ..a zdjęcia powalają.. naprawdę.. kocham te twoje posty.. to teraz jaki kraj ? czekam z niecierpliwością

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *