Kraj kolorów i kontrastów – cz. 4 (i ostatnia!)

15 – W pogoni za portkami

Już po godzinnym spacerze ulicami Jaipur byłam zmęczona. Chciałam kupić jakieś przewiewne spodnie i bluzkę, bo większość ubrań, które miałam, nie nadawała się na tak upalną pogodę. Postanowiłam, że zrobię szybkie zakupy i pójdę na coś zimnego do picia – umierałam z gorąca!

Niestety moje plany niby proste do zrealizowania, okazały się w praktyce bardzo karkołomne. Gdy tylko mój wzrok padł na jakieś ubranie, od razu obskakiwało mnie co najmniej trzech sprzedawców! „Tanio, tanio! Skąd jesteś? Polska? Dzień dobry! Chodź! Chodź! Kup! Tanio!”. Niestety ich zachęty raczej odstręczały mnie niż zachęcały do kupna w ich sklepie. Byłam zmęczona i lekko podirytowana sytuacją.

W końcu zobaczyłam małe stoisko w bramie. Na wieszaku wisiała śliczna sukienka. Taka w sam raz! W kolorze indygo, w kwiaty z delikatną czerwoną wstążeczką w talii. Marzenie! Miałam niby kupić spodnie, ale takie cudo codziennie się nie zdarza! Będę chyba w stanie zmierzyć się nawet z napastliwym sprzedawcą. Ale przed stoiskiem nikogo nie było… Co za odmiana! Zajrzałam do środka. „W czym mogę pomóc?” – miły młodzian uśmiechnął się zza kontuaru. Od razu go pokochałam, żadnego „tanio, tanio, kup, kup”. Poprosiłam, by pokazał mi sukienkę i zaryzykowałam przejrzenie paru par spodni.

„Wygląda Pani na zmęczoną, może Pani usiądzie? Wiem, że zakupy na indyjskim bazarze mogą być wykańczające.” Jaki miły, empatyczny… Byłam w siódmym niebie. Gdy zdecydowałam się już na konkretny model spodni, bluzki i zapłaciłam za ukochaną sukienkę chłopak zaproponował, że skoro interesuję się fotografią, pokaże mi okoliczne warsztaty rzeźbiarskie – Jaipur słynie z marmuru! No okej, czemu nie – wsiedliśmy do tuktuka i podjechaliśmy kilka przecznic. Chodziliśmy między stoiskami i powoli prawda wychodziła na jaw. Okazało się, że oprócz pracy w sklepie mój znajomy dorabia jako przewodnik. Tadam! Wyszło szydło z worka – chciał dorobić na mnie… Cóż – pomyłka z jego strony. Podziękowałam za spacer i zostawiłam go rozczarowanego, a sama pomknęłam na różane lassi. Zasłużyłam! Tak czy siak przygody owej nie żałuje – warsztaty rzeźbiarskie okazały się ciekawym miejscem, kiecka była super fajna – niestety spodnie podarły się już w kolejnym tygodniu, a bluzka zafarbowała… Nic nie może być wieczne, zwłaszcza jeśli pochodzi z indyjskiego bazaru.

16 – Jain

„Może wejdziemy do tej świątyni po lewej stronie?” – zaproponowałam. Mój znajomy nie był zachwycony, ale grzecznie się nie sprzeciwiał – „Jeśli chcesz…”. Nie wiedząc dokładnie z czego wynika jego niechęć upewniłam się, że mogę wejść do środka. Powiedział, że oczywiście, że nie ma problemu. Zajrzałam! Wnętrze było czyste i schludne, a ściany pokrywały freski. Nie zdążyłam się im dokładnie przyjrzeć, gdy podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, czy wiem, że to świątynia jain. Nie wiedziałam. Nawet nie wiedziałam co to za stwór ten cały jain. Pan pośpieszył z wytłumaczeniem. Był to monolog przeplatany pokazem diagramów, rysunków i fotografii nagich mężczyzn! Najwyraźniej najbardziej zagorzali wyznawcy chodzą non stop na golasa, nie stąpają bezpośrednio na ziemi tylko przeskakują z cegły na cegłę, żeby nie niszczyć trawy, a jak chodzą po chodnikach to najpierw drogę przed sobą zamiatają szczotką z pawich piór, aby przypadkiem nie nadepnąć na jakiegoś robaczka. Religii tej towarzyszy wiele nakazów i zakazów – jedzą określone potrawy, uprawiają seks w określonym czasie, modlą się w świątyniach…

Już na etapie fotografii postanowiłam w miarę szybko uciekać, jednak za bardzo się nie dało. Miły pan był typem wujka gawędziarza, który dosiada się do Ciebie na rodzinnej imprezie i nie chcę puścić dopóki nie wysłuchasz całej jego historii rodzinnej i listy wszystkich możliwych chorób i dolegliwości. Pół godziny później udało mi się wyjść…

„I co fajnie było?”

„Eee… Tak”

„Opowiedział Ci dlaczego pawie to święte zwierzęta?”

„Nie.”

Nie chciałam jednak dalej pytać. Czasem lepiej po prostu zamilknąć.

17 – Męska nuta

„Chodźmy do baru!” – zaproponował Rakesh. Przystałyśmy na propozycję, problem był jednak taki, że żadne z nas nie wiedziało, gdzie szukać otwartego o tej porze baru w okolicy. Nie bardzo chcieliśmy jechać do centrum, bo było już dość późno, a my byliśmy zmęczeni całodzienną podróżą z Jaipur do Delhi. Zapytaliśmy więc przechodniów gdzie się udać i trafiliśmy do miejscowej… spelunki. Karaoke bar! No bomba pomyślałam, nie ma jak to trochę wycia pod całodziennej jeździe samochodem.

Okazało się, że mamy jednak farta – dziś śpiewali sami profesjonaliści! Łzawy indyjski pop przeplatany bardziej tradycyjnymi nutami zdominował nasze życie na kolejną godzinę. Muzyka była tak głośna, że uniemożliwiała zupełnie rozmowę, zajęliśmy się więc konsumpcją i obserwacją. Szybko zauważyłam, że większość twarzy zwrócona jest w naszą stronę i że w barze oprócz mnie i przyjaciółki nie ma ani jednej innej kobiety. Z wyjątkiem tych, które wiły się przy mikrofonie puszczając oczka do klientów. Grubo! – pomyślałam i spytałam Rakesha, czy kobiety w Indiach nie chodzą do pubów. „Czasem chodzą, ale nie do takich.” Otaczający nas mężczyźni obserwowali łapczywie młode „piosenkarki”. Co jakiś czas, których podnosił wysoko dłoń w której trzymał banknot. Pieniądze wędrowały prosto do wykonawczyni, która kolejną piosenkę dedykowała sponsorowi.

Wśród wykonawców był również mężczyzna. Na moje ucho śpiewał najlepiej – skromny, w burym sweterku, co jakiś czas wykonywał jakąś piosenkę i szybko oddawał mikrofon, gdyż męska publika domagała się wyraźnie kobiecych wdzięków.

Szkoda się nam do zrobiło, więc tuż przed wyjściem posłaliśmy mu napiwek. Rozpromieniał, a kolejna piosenka zadedykowana została Gosi!

18 – Dłonie

„Podaj mi swą dłoń, proszę”

„A po co?”

„A chcę z ciekawości coś zobaczyć… Będziesz miała dwójkę dzieci i wyjdziesz za obcokrajowca!” – powiedział mój towarzysz patrząc mi głęboko w oczy.

„Skąd wiesz?” – zapytałam.

„Wszystko zapisane jest na dłoniach. Widzisz te zmarszczki? O… tu jest jedna, a tu druga. Dwójka dzieci, nie ma wątpliwości”

Jakoś nie chciało mi się wierzyć, ale uśmiechnęłam się, przytaknęłam i powiedziałam coś w stylu, że to ciekawe… Do tematu nie wracaliśmy, trochę pokręciliśmy się po mieście, lecz po jakiejś godzinie zaczęły się pytania: Czy mam męża? Czy chciałabym mieć dzieci? A czy lubię gotować? Czy rozważam w ogóle wyjście za mąż za obcokrajowca?

Ocho! Ktoś sobie moją wróżbę wziął bardzo do serca. Szybko dowiedziałam się, że Hindusi to najczęściej świetna partia. Poza tym mam wybitne szczęście, gdyż mój towarzysz podróży jest wyjątkowo liberalny i jakbym zdecydowała się go poślubić, nie musiałabym przechodzić na hinduizm – mogłabym pozostać przy swojej religii.

Oczywiście nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście i ustaliliśmy datę ślubu. A na serio…? Te wszystkie wróżby… Nawet nie będę komentować.

 

To już ostatni wpis o Indiach. Powyższe historie w żaden sposób nie wyczerpują tematu. Są jedynie małą namiastką doznań, przeżyć i wspomnień z podróży. Chcecie wiedzieć więcej? Warto kupić bilet!

 

Autor: Joanna Zubkow

2 thoughts on “Kraj kolorów i kontrastów – cz. 4 (i ostatnia!)

  1. Małgorzata

    Bardzo będę tesknic do tych Twoich historii.. muszę więc powaznie pomyslec o bilecie.. namowilas mnie tymi opowiesciami i zdjęciami.. dziękuję Asiu 🙂

    Odpowiedz

  2. Joanna Zubkow

    Ta… jakbym, musiala Cie namawiac do kupna biletu 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *