Miasto, którego nie ma

Sama podróż koleją w Birmie dostarcza wielu atrakcji. Obrazy leniwie zmieniają się za oknem skłaniając do kontemplacji, ktoś tam drzemie w promieniach powoli zachodzącego za horyzont słońca, obnośni handlarze starają się sprzedać ostatnie torebki krewetkowych prażynek, a wszystko to dzieje się w rytm stukotu kół, z rzadka przerywanego jękliwym głosem płynącym z megafonu, obwieszczającym kolejne, mijane po drodze stacje. Każdy komunikat zakończony jest psychodeliczną nutą, swojskim birmańskim dżinglem, po którym wszystko wraca do normy: i stukot kół, i handlarze, i ciche pochrapywanie współpasażera.

Sielanka leniwej podróży skończyła się dla mnie, gdy wysiadłam na stacji w Naypyidaw, mieście o którym chyba nikt nie słyszał, a które jest obecną stolicą tego kraju. Jak zapytacie dowolnego obcokrajowca, co jest stolicą Birmy, najczęściej pada nazwa Yangon. Czasem, ktoś zaryzykuje i rzuci nazwę znanego z twórczości Kiplinga Mandalay, jednak na ogół nikomu do głowy nie przychodzi Naypyidaw, nie mówiąc już o tym, że mało kto nawet znając tę nazwę, potrafi ją poprawnie przeliterować.   

Wysiadając na dworcu szybko zrozumiałam czemu. Oprócz mnie wysiadła garsta birmańczyków, reszta współpasażerów pozostała na swoich miejscach, aby dalej kontynuować leniwą podróż na południe. Z ciekawością przyglądali mi się zza szyb przemykającego obok pociągu – “Kim jest ta europejka, która tu wysiadła? I po co?”. Sama zaczęłam sobie zadawać podobne pytanie, gdyż wielki gmach dworca z minimalną ilością podróżnych przytłaczał swoich rozmiarem i pustką.

Pustka jednak trwała tylko chwilę, gdyż nagle, nie wiadomo skąd otoczyła mnie gromada taksówkarzy. Jeden przekrzywiał drugiego, ktoś zaczął ciągnąć mnie za rękaw, żeby zwrócić na siebie uwagę. Postanowiłam pojechać z chłopakiem, który dobiegł do mnie pierwszy – wiadomo “kto pierwszy, ten lepszy” i pomyślałam naiwnie, że tą decyzją zakończę trwający spór. Nic bardziej mylnego. Cała gromada dziarskim krokiem postanowiła eskortować nas do samochodu, który okazał się być nadszarpniętym zębem czasu pick-upem. Gdy udało nam się wrzucić mój plecak na tylne siedzenie, a ja usadowiłam się wygodnie na fotelu obok kierowcy szybko okazało się, że pojazd nie odpala… Wówczas moja świta ponowiła licytacje, wzbogacając repertuar o informacje dotyczącą sprawność silników swoich taksówek. Jeden młodzian zachował się bardzo proaktywnie, bo nie wdając się z nikim w dyskusje, po prostu podjechał samochodem, przełoży mój plecak z pick-upa i szarmancko otworzył drzwi. Gorzej już nie będzie – pomyślałam, i uprzedzając skargi i zażalenia ze strony grupy obserwatorów, przesiadłam się.

Podróż trwała niezwykle długo, po drodze mijaliśmy wielkie, puste przestrzenie, monumentalne budynki, a hotelu jak nie było widać, tak nie było widać. Po jakimś czasie zaczęłam się niepokoić i dopytywać mojego kierowcę, czy aby na pewno wie gdzie jechać. “No worries, no worries, my friend” – “Bez obaw!” – a jednak obawy były… Trochę aby mnie uspokoić, a trochę żeby odciągnąć moją uwagę od swojej nieporadności, kierowca zaczął wychwalać piękne miasto Naypyidaw. “Czy wiesz, że Naypyidaw jest cztery razy większe od Londynu?” – “Ocho, chyba ktoś cierpi na kompleksy” – pomyślałam, ale postanowiłam grzecznie potakiwać.

Gdy zajechaliśmy pod drzwi hotelu myślałam, że to dowcip. Budynek był ogromny, jedenastopiętrowy. Wszystkie światła były zgaszone… nawet jedno okienko nie świeciło żółtym blaskiem. Na recepcji – pusto. W korytarzu – ciemno. “Jesteśmy na miejscu!” – radosnym głosem obwieścił mój taksówkarz i wypakował plecak z bagażnika. Nie podzielałam jego entuzjazmu, przynajmniej do momentu, gdy kątem oka zauważyłam, że ktoś wychodzi z hotelu. Byłam uratowana! Podziękowałam mojemu kierowcy i poczłapałam za boyem hotelowym, który już niósł mój plecak. Z chwilą, gdy weszłam do środka, światła w hallu ożyły, a na recepcji powitał mnie cały sztab pracowników. “Ci to chyba nie mają tu zbyt wiele do roboty…” – pomyślałam i na tym skończyły się moje refleksje, bo zmęczenie wzięło górę.

Poranek utwierdził mnie w przekonaniu, że byłam jedynym gościem. Jedynym! Zero towarzyszy przy śniadaniu, zero towarzyszy w windzie, jedynie z zapałem krzątająca się obsługa hotelowa. Jedna osoba do nalewania kawy, druga do robienia naleśników, trzecia do podania tostów. Nie mogłam się powstrzymać od refleksji nad rentownością tego biznesu, a raczej nad jej brakiem.

Trochę onieśmielona sytuacją postanowiłam ruszyć na podbój stolicy, a przynajmniej recepcji, gdzie udałam się w celu uzyskania informacji jak dojść do Uppatasanti Pagoda. “W Naypyidaw nigdzie nie może Pani dojść…” – uprzejmie wyjaśnił portier – “Naypyidaw to miasto cztery razy większe od Londynu i nie jest przystosowane do ruchu pieszego”. Masz Ci los… znów to cztery razy większe od Londynu miasto. Zrezygnowana zamówiłam taksówkę.

Miasto, rzeczywiście było wielkie, a na piechotę do rzeczonej pagody pewnie mogłabym iść… ze dwa dni. Jeśli wierzyć wikipedii Naypyidaw przewyższa Londyn jeśli chodzi o powierzchnie siedem rany (!), jednak jeśli chodzi o liczbę mieszkańców daleko mu do angielskiej metropolii… Sądząc po “tłoku” na ulicach i w hotelach (a przynajmniej w tym, w którym się zatrzymałam) – prawie nikt tu nie mieszka. Mknęliśmy w stronę centrum ośmio pasmową autostradą, na której w zasadzie nie było żadnych samochodów. Na poboczu, ktoś leniwie pedałował na rowerze, minął nas jeden samochód i skuter… Gdy zajechaliśmy na miejsce taksówkarz upierał się, że na mnie poczeka. Grzecznie wytłumaczyłam mu, że dam sobie radę, nie wiedząc ile spędzę w pagodzie czasu. Popatrzył na mnie z niedowierzaniem i odjechał. Jak tylko odjechał rozejrzałam się po okolicy i doszłam do wniosku, że jego zdziwienie nie było bezzasadne – na ulicach nikogo, parę straganów z “pamiątkami”, a poza tym wielka pustka. Licząc na swoje szczęście i w razie konieczności ładne oczy, ruszyłam ku świątyni.

Gdy weszłam do pagody, bez wielkiego zdziwienia odnotowałam, że jestem sama. Po chwili dołączyło do mnie paru mnichów, którzy dotrzymywali mi towarzystwa, recytując pod nosem buddyjskie mantry. Oprócz ich głosu słychać było tylko śpiew ptaków, które wybrały pagodę na swoje mieszkanie. Ich obecność była krzepiąca i miła.

Ulice na zewnątrz również powitały mnie brakiem ludzkiej obecności. Po długim spacerze natknęłam się na stojącego przy drodze kierowcę motocykla. Trochę na migi, łamanym narzeczem birmańsko-angielskim ustaliliśmy cenę za kurs do parlamentu. Jedenasto-pasmowa autostrada, główna ulica w tym wyludnionym mieście, świeciła pustkami. Za to jazda na motorze w promieniach zachodzącego słońca, z przeżuwającym betel kierowcą, była wprost rozkoszna. Rozkoszną okazała się również samotna kąpiel w hotelowym basenie w trakcie, której zauważyłam światła w trzech gościnnych pokojach, co wydało mi się zaskakująco optymistycznym odkryciem! Czyli jednak, ktoś oprócz mnie tu przyjeżdża? Ciężko było mi w to uwierzyć,bo po dniu spędzonym w zapomnianej metropolii wcale nie dziwi mnie już fakt, że większość turystów uważa inne miasta za stolicę, a na stacji w Naypyidaw wysiadają nieliczni…

Autor: Joanna Zubkow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *