Motory i pistolety

Kyaukme to mała mieścina pośrodku niczego. Leży na głównym szlaku transportowym między Mandalay a Hsipaw i Lashio, przez co nie tak trudno tam dojechać – mimo to, nikt się tu raczej nie zatrzymuje. Pewną sensację stanowił więc fakt, że wysiadłam właśnie w tym miejscu, a nie w bardziej turystycznych okolicach. W Kyaukme nie ma dworca autobusowego, stałam więc z moimi tobołami na środku trasy szybkiego ruchu, przy skrzyżowaniu, gdzie jedna z dróg jak zakładałam prowadziła do centrum miasteczka. Jacyś mnisi sympatycznie na mnie spoglądali, ludzie pokazywali sobie mnie palcami i w końcu zjawił się mój wybawca – oczywiście na motorze!

„Gdzie chcesz jechać?” – zapytał. Podałam nazwę hostelu i ruszyliśmy w klasycznym porządku – gdzieś między kierownicą, a jego kolanami, mój ogromny plecak ze stelażem, za nim on, ja, mój mały plecak i dyndający u szyi aparat. Już jadąc przez zatłoczone ulice miasteczka wiedziałam, że znalazłam to, czego szukałam. Zero wi-fi, kawiarni, sklepów na modłę europejską, absolutny brak restauracji, w których ktokolwiek przejmowałby się gustami przyjezdnych – za to po drodze spostrzegłam parę swojskich tea-house’ów (lokalne spelunki z maleńkimi drewnianymi stolikami, plastikowany krzesełkami, w których można wypić herbatkę i nie tylko, a których podłoga na ogół przybiera kolor czerwony od nadmiernego plucia po spożyciu betelu), dobrze zapowiadający się lokalny market i stragany z owocami. Jestem w domu!

Na jedną noc zamieszkałam w maleńkim pokoiku w pensjonacie poleconym przez znajomego. Zero wygód, zero ciepłej wody, działającej sprawnie toalety i karaluchy w kuchni – jak to bywa na prowincji. Jakże się więc zdziwiłam, gdy powitał mnie dystyngowany birmański dżentelmen w sile wieku władający nienaganną angielszczyzną. Musiałam wyglądać na zaskoczoną jego erudycją, gdyż pośpieszył z wyjaśnieniem: „Dobrze mówię po angielsku więc się dziwisz… No ale ja pamiętam jeszcze czasy gdy Birma był kolonią! Tak jak Twoja Babcia pamięta pewnie jeszcze wojnę z Niemcami i obozy”. Nie wiem co bardziej było dla mnie zadziwiające – jego bezbłędny akcent czy świetna znajomość historii Polski. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo i za jego namową udałam się do baru prowadzonego przez znajomych…

Bar to szumne słowo. Był to po prostu duży pokój z drzwiami otwierającymi się na ulicę, a w nim parę stolików, wizerunki Buddy na ścianach i główna atrakcja lokalu – telewizor. Odsługiwały mnie dwie dziewczynki, każda miała może po dziesięć lat, a gotowała w kuchni zapewne ich mama. Koncentracja dziewczynek na komunikacji ze mną była niewielka, gdyż ewidentnie ich uwagę przykuwał lecący w tle film. Na pierwszy rzut oka dość łzawa historia nieszczęśliwej birmańskiej miłości, zakończona tragiczną śmiercią w dość obskurnym szpitalu. Fałszywa nuta i duch-widmo zmarłej dziewczynki towarzyszyły końcowym scenom. Gdy film się skończył dziewczęta usłużnie zmieniły kanał na CNN, chyba żeby sprawić mi przyjemność, ale naprawdę większą rozkoszą było oglądanie dość kulawej gry aktorskiej wschodzących gwiazd Mjanmy, niż poświęcanie choć krzty uwagi wiadomościom ekonomicznym w wielkiego, ale jakże w tej chwili dalekiego mi świata.

Kyaukme opuściłam już następnego dnia na… motorze! (Teraz pewnie moja Mama dostaje zawału czytając te słowa, wybacz kochana!). Chciałam dotrzeć do wiosek w górach w stanie Shan i rdzennej ludności – innej opcji nie było. Nie dojeżdżają tam żadne autobusy, a i nie każdy samochód pokona tę trasę. Motor był zatem jedynym sensownym środkiem transportu. Ruszyliśmy z rana po drodze zatrzymując się na obowiązkowy dla każdego Birmańczyka betel (dziwne paskudztwo do żucia, mieszanka orzecha betel, liści, pasty limonkowej, kokosu, anyżu i paru innych specyfików, barwiąca zęby na czerwono – serio, niezbyt smaczne). Po drodze mijaliśmy wsie i miasteczka od czasu do czasu zatrzymując się by zajrzeć do warsztatu papierniczego, przyjrzeć się jak wyrabiane są noże i swojskie birmańskie wino ryżowe. W końcu po kilku godzinach podróży zatrzymaliśmy się na lunch, którego gwoździem programu była popularna tu sałatka z kiszonej herbaty. Stan Shan słynie z herbaty, która rośnie tu prawie na każdym zboczu góry i jest przepyszna… w formie zdatnej do picia. Herbaciana kiszonka wzbogacona prażoną fasolą i smażonymi orzeszkami ziemnymi nie przypadła mi do gustu, mimo to doceniłam finezję i pomysłowość Birmańczyków. Po lunchu droga z podrzędnego traktu zmieniła się w prawdziwe błotne, usiane kamieniami bezdroże. Siedziałam z tyłu za moim znajomym i starałam się nie patrzeć w przepaście po obu stronach drogi. Jechaliśmy bardzo powoli, mimo to za każdym razem gdy słyszałam „ups”, a koła zaczynały się ślizgać robiło mi się trochę słabo. Owszem pokochałam jazdę na motorze, ale góry, dżungla, błoto i przepaście trochę zaczynały mnie przerastać. No i stało się, po paru minutach jazdy motor się zakołysał, mój kierowca krzyknął „ups” głośniej, niż miał to w zwyczaju i zaliczyliśmy glebę. Nie była to groźna wywrotka, ale błoto w artystyczny sposób ozdobiło mój tyłek i w takim też malowniczym wydaniu wkroczyłam do wioski.

Miasteczko było niewielkie. Pagoda, klasztor, domy i domeczki, jeden sklep, w którym oprócz warzyw można było kupić betel oczywiście i paliwo do motorów. Przywitaliśmy się z gospodarzami i weszliśmy na górę do ich domostwa. Na środku izby znajdowało się palenisko, nad nim wisiał rondelek, w którym gotowała się woda na herbatę. Oprócz ogniska (chyba nikt nie słyszał tu o czymś takim jak przepisy p-poż.) zaszczytne miejsce zajmował ołtarz z wielkim posągiem Buddy, okraszony raźnie mieniącymi się w takt birmańskiej muzyki kolorowymi bożonarodzeniowymi lampkami. Zrzuciwszy manatki postanowiliśmy wybrać się na krótki spacer po okolicy. Wioska był mała, ale zadbana, a ludzie z ludu shan przyjaźni, uśmiechnięci. Kobiety chroniły ogolone zgodnie z tradycją głowy pod kolorowymi turbanami. Dzieciaki ganiały za oponami z patykami, bawiły się w berka i grały w grę przypominającą badmintona za pomocą sporządzonych z zeszytów paletek i kwiatków w roli lotek. Przy świątyni, na placu mnisi i miejscowi chłopcy grali w znaną birmańską grę chinlone, słońce chyliło się ku zachodowi. Wtem na drodze pojawili się mężczyźni w wojskowych mundurach… Było ich raptem dwóch, ale po chwili nadeszli kolejni. Gdy spotykasz w środku pustkowia w obcym kraju mężczyzn z karabinami i granatami przy pasie jednak czujesz się dość niepewnie…

Wojsko SSA (Shan State Army) to grupa bojowników, którzy nadal walczą o niepodległość stanu Shan względem Birmy. Podróżując po kraju w różnych okolicach spotyka się wojskowych. Częściowo (w większości) jest to armia rządowa, która tak naprawdę nie ma z rządem zbyt wiele wspólnego, bo często działa w sposób niezależny i rząd pomimo najszczerszych chęci nie ma wpływu na decyzje generałów – patrz obecny konflikt na granicy z Bangladeszem. Jednocześnie w kraju nadal trwają rozruchy separatystyczne w niektórych stanach m.in. w Shan. Ciężko jest naprawdę to wszystko do końca pojąć. W wielkim skrócie: niektóre części Birmy chcą niepodległości i nadal walczą tam partyzancie w dżungli, wojska rządowe i różne niezależne armie, które czasem się wspierają, czasem między sobą dogadują, niektórzy są prorządowi, niektórzy antyrządowi, trochę to taka gra w ciuciubabkę, w dużym naciskiem na granie na zwłokę i straszenie się nawzajem. I oto znaleźliśmy się gdzieś na peryferiach kraju, otoczyli nas wojskowi w zielonych pantalonach i zielonych pepegach, z kałachem na ramieniu i granatami przy pasie i zapraszają na herbatę. Ciężko było w takim momencie odmówić. A w dali wybuchła bomba…

„Siadajcie, siadajcie…” – ciężko było stwierdzić czy to było zaproszenie czy rozkaz.

Usiedliśmy. Nasi partyzanci okazali się przemiłym towarzystwem. W pewnym sensie. W pewnym sensie strasznym – wytatuowane torsy i twarze nie sprawiały miłego wrażenia (w Birmie żołnierze wierzą, że taki tatuaż zapewnia magiczną ochronę, a wytatuowana skóra jest odporna na ciosy) – jednak ogólnie spotkanie było dość sympatyczne. Pani major, jedyna kobieta w tym oddziale, biegle władała angielskim i od razu pobiegła zaparzyć nam zieloną herbatę. Generał, który zorganizował całe spotkanie posłał jednego ze swoich chłopców do sklepu po… fistaszki. I tak siedzieliśmy. Trochę było rozmowy o pogodzie, trochę o tatuażach, gdy nagle „Wrrrrrrr”! Generał zwrócił się do mnie bezpośrednio i dla żartów postanowił mnie przestraszyć. „Wrrrr” odwarknęłam, a w oddziale wybuchł śmiech. „No dobrze… śmiesznie, śmiesznie, ale niezbyt to komfortowa sytuacja”. W pamięci nadal miałam karabiny i granaty. Generał o dość wymownym imieniu Nu posłał kolejnego chłopaka po kandyzowane owoce… Chyba podobało mu się urozmaicenie jakie wprowadziliśmy w jego żołnierskim życiu, jednak my po jakimś czasie zapragnęliśmy się oddalić i wyjść z tej bądź co bądź dość krępującej sytuacji. Zaczęliśmy wstawać i dawać sygnały do tego, że czas się pożegnać gdy nagle…

„Chcę Twój aparat” – powiedział generał Nu patrząc chciwie na mojego sfatygowanego Nikona i nie brzmiało to jak prośba. Aparat bez szału, ale bardzo czułam się do niego przywiązana postanowiłam zagrać się va bank. Niewiele myśląc palnęłam: „Okej, oddam aparat jak dasz mi swój pistolet”. Generał popatrzył mi przez chwilę głęboko w oczy (chyba najdłuższe 5 sekund mojego życia), po czy zaczął się głośno śmiać i… klepnął mnie w tyłek! Był to niechybny znak do odwrotu!

Gdy wróciliśmy do naszych gospodarzy nad ogniem wesoło skwierczała już nasz kolacja. Zjedliśmy ze smakiem, popiliśmy tradycyjnym ryżowym winem zmieszanym z sokiem z papai i położyliśmy się spać. Jednak mimo ciepła bijącego od ogniska i smacznego posiłku długo nie mogłam usnąć i nie była to kwestia chrapiącego kolegi czy niewygodnego materaca. O 4:30 obudzi mnie odgłos szeptanych cicho modlitw. Ojciec naszej gospodyni zaczynał dzień porannymi buddyjskimi modłami. Potem była już tylko poranna krzątanina i wyjście w góry. Gdy zmierzaliśmy w stronę wzgórz pełnych plantacji herbaty na naszej drodze mijaliśmy żołnierzy Nu. Machali nam przyjaźnie i pozdrawiali serdecznie życząc udanej wędrówki. Nu też pomachał radośnie i rzucił swojskie „See you later!”. Takie to było niewinne. Jednak granaty przy pasku i pistolet za kaburą niezmiennie robiły na mnie takie samo wrażenie – przygnębiające.

PS – w drodze powrotnej do Kyaukme mijały nas ciężarówki armii rządowej. Bardzo możliwe, że jechały stłumić oddziały Nu, albo przepędzić je do sąsiedniej wsi. Wielki paradoks stanowi fakt, że w armiach partyzanckich właściwie nie ma ludzi z wyboru. Żołnierze na ogół rekrutowani są ze wsi w którą zajmuje armia, a rodziny nie mają wyboru – muszą oddawać młodych chłopców na służbę inaczej grożą im granaty i pistolety. W takiej wsi się zatrzymaliśmy. Niby było spokojnie i kulturalnie. Herbata i fistaszki, jednak za każdym razem jak słychać było przejeżdżający pod oknami motor nasza gospodyni zamierała i widać było strach w jej oczach. Ja również nie zapomnę spotkania z generałem. Historia ta bardziej odległa jak i współczesna Birmy, jest skomplikowana i trudną ją pojąć. Podobnie jak trudno jest mi nadal pojąć kim był Nu i czy był „tym dobrym” czy „tym złym”. Na pewno był tworem systemu i historii Birmy – historii zawiłej i skomplikowanej, której ofiarą padają już kolejne pokolenia.

Autor: Joanna Zubkow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *