Na południe

Szłam ulicą rozglądając się za jakiś miejscem na kawę, gdy po chwili zauważyłam, że ktoś do mnie macha. Najpierw myślałam, że to pomyłka. Ewidentnie nie znałam osoby, ale im dłużej nieznajomy machał, tym bardziej zyskiwałam pewność, że chodzi o mnie. Nawoływał z miejsca ,w którym spokojnie mogłam popracować nad zwiększeniem stężenia kofeiny w moim organizmie, udałam się więc w jego stronę.

Chłopak okazał się Amerykaninem samotnie podróżującym po Azji. Był skrzyżowaniem kosmity z marzycielem. Na co dzień, w domu, pracował na budowie, a zimą, kiedy nie mógł zarabiać w ten sposób zajmował się… masażem. Do Azji przyjeżdżał, aby zgłębiać techniki masażu tajskiego, medytacji i… szukać czarnej fasoli do instalacji artystycznych. Jeździł więc od targu do targu w poszukiwaniu rzadkich roślin, a po drodze zajmował się jogą i szukaniem osób do towarzystwa na czas obiadu – nie lubił jeść w samotności. Dziś padło na mnie!

„Wczoraj przyjechałem do miasteczka i w autobusie siedział taki bardzo rozzłoszczony człowiek. Cały czas powtarzał, że wszędzie tylko turyści… No, ale ja myślę, że jak ma nie być turystów, jak jedzie do najbardziej turystycznego miejsca w kraju? Jak wysiadaliśmy to nadal był zły. Chciałem jakoś poprawić mu humor i zaproponowałem, żeby możemy razem poszukać noclegu, ale on odparł, że nie zostaje, bo tu sami biali i wraca do Mandalay… Przykro mi się zrobiło. Nie sądzę, by zmiana miejsca poprawiła mu nastrój.”

Pierwsze co pomyślałam, to to, że mój towarzysz kosmita jest bardzo dobrym człowiekiem i że jak kiedyś będę miała zły humor to chciałabym, by ktoś taki był obok. Drugi wniosek, który mi się nasunął był bardziej pragmatyczny i związany z doświadczeniami mojego poprzedniego tygodnia podróży, a mianowicie, to czy gdzieś nam się podoba lub nie, tylko po części zależy od uroków danego miejsca i ludzi, którzy nas otaczają. W dużej mierze to nasza zdolność dostrzegania pozytywów, nawet jeśli ich za bardzo nie ma, sprawia, że nasza wędrówka zamienia się w prawdziwą przygodę!

Czytając opisy rozmaitych podróży łatwo popaść w pułapkę złudzenia, że w drodze spotykają nas same dobre rzeczy. Cudowne krajobrazy, gościnni ludzie, słońce, plaża, przyroda. Rzeczywiście o tych rzeczach najmilej jest pamiętać, jednak oprócz tego w pakiecie dostajemy morze turystów, niepewność gdzie będziemy spać, choroby żołądka i nie tylko, skwar lejący się z nieba, którego przeżycie nie ułatwia gorączka, a jedyną ucieczką od bijącego z nieba żaru jest schronienie się w jedynym klimatyzowanym budynku w okolicy – centrum handlowym. Nie mówię, że zawsze tak się dzieje. Jednak się zdarza…

Mjanma, czy też Birma, powitała mnie całą plejadą trudności i niedogodności. Dodatkowo ciężej mi było stawić im czoła, gdyż po rozstaniu z moja przyszywaną rodziną w Indiach włączyła mi się niezła tęsknota za domem i rodzinnym ciepłem. Przez ostatni tydzień zmierzyłam się z brakiem miejsca noclegowego, ostrym zatruciem po bliskim spotkaniu z rybą na lokalnym bazarze, a to wszystko w temperaturze sprzyjającej może smażeniu schabowego na patelni, ale na pewno nie rekonwalescencji.

Było więc wiele chwil, kiedy najchętniej po prostu kupiłabym bilet powrotny, wsiadła w samolot i tyle mnie było w Birmie. Zupełnie jak towarzysz podróży mojego amerykańskiego masażysty. Czy bardziej bym się cieszyła z powrotu, niż z biegunki w hostelu na przedmieściach Hpa-an? Myślę, że nie. Mój nastrój byłby pewnie taki sam – okropny… Spójrzmy prawdzie w oczy – nie zawsze podróż jest spełnieniem marzeń – czasem jest ogromny trudem, jednak te trudności to część przygody. Warto wtedy skupiać się na pozytywach i małych drobnych rzeczach, która mogą sprawić, że nasza percepcja wydarzeń zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni! Ja jak zwykle miałam farta!

Do Yangon doleciałam z opóźnieniem i bardzo dobrze, bo dzięki temu poznałam moją towarzyszkę podróży Irene. Irene stała przy bankomacie i biedziła się z wypłatą pieniędzy. Po krótkiej rozmowie doszłyśmy do wniosku, że taniej jest taksówkę wziąć nam na dwie osoby i tak już zostało. Kolejne dwa dni spędziłyśmy razem – na rozmowach, na bazarach, na zwiedzaniu i na chowaniu się przed skwarem w tutejszym centrum handlowym Junction City – takie z nas były super turystki. Irene okazała się świetnym kompanem, bo nie stękała, gdy robiłam zdjęcia przez dwie godziny w jednym klasztorze, wręcz przeciwnie, jej też pasowało wolne tempo chodzenia, przyglądanie się ludziom, ich twarzom, chłonięcie miejsca i atmosfery. Dobrałyśmy się jak w korcu maku i obiecałyśmy sobie, że jeśli się nam tylko to uda to jeszcze gdzieś w się po drodze spotkamy, bo niestety po dwóch dniach nasze drogi musiały się chwilowo rozejść.

Yangon jest w ogóle dość niedocenionym miejscem. Owszem jest to duże miasto z gigantycznymi korkami (jeśli chcesz dojechać na dworzec autobusowy to o 5 rano zajmie Ci to godzinę, o 9 już dwie godziny, a po 15 musisz założyć, że będziesz jechać trzy…), jednak mimo to ma w sobie małomiasteczkowy urok. Nie jestem osobą, która przepada za dużymi metropoliami, jednak Yangon pokochałam za jego malownicze bazary, klimatyczne parki i przyciągające wiernym z całego kraju świątynie.

Gdy rozstałam się z Irene swoje kroki skierowałam do małego miasteczka Pathein słynącego z produkcji… papierowych parasolek. Pathein to trochę miejsce na końcu świata – nie spotkałam ani w drodze, ani w samym miasteczku żadnego turysty. Gdy wysiadłam na przystanku autobusowym od razu zrozumiałam, że będę musiała wyjść tu nie raz ze swojej strefy komfortu. Pierwsze chwile zaowocowały negocjacjami taksówkowymi z… motocyklistami. Okazało się, że w Pathein nie ma taksówek, są tylko motory do wzięcia. Nie sądziłam, że uda mi się przeżyć tę podróż. Mój wielki plecak ze stelażem, pan motocyklista, ja, mały plecak i aparat na dokładkę. Jak się to wszystko zmieściło? – nie wiem. Wiem, że pierwsze minuty jazdy motorem były niezłą szkołą pokory i zaufania, ale wnet pokochałam ten środek transportu.

W Pathein oprócz portu kipiącego życiem, nowych doznań związanych z powoli budzącą się we mnie miłością do motocykli, zmęczeniem upałem i duchotą (nie wiedziałam, że gdzieś może być jeszcze cieplej niż w Indiach!) spotkało mnie przemiłe spotkanie w zakładzie produkującym parasolki. Córka właściciela okazała się wspaniałym przewodnikiem, mimo że ani ja nie mówiłam w jej języku, ani ona w moim. Angielski też nie wchodził w grę. Pomimo lingwistycznych trudności spędziłam przemiłe, leniwe przedpołudnie przyglądając się pracy dziesiątek osób trudniących się produkcją słynnych bambusowych parasolek.

Następnie w sposób zupełnie nieplanowany i nieoczekiwany przeniosłam się do Hpa-an. Tam straciłam siły i chęć do dalszej podróży. Bezdomna, chora i zmęczona niby cieszyłam się odwiedzanymi miejscami, ale mało co sprawiało mi prawdziwą radość. Przeważało zmęczenie i obawy. W takim stanie ducha spotkałam sześćdziesięcioletniego Brytyjczyka, który najpierw zirytował mnie swoją postawą życiową – komentarzami dotyczącymi polskich imigrantów w Anglii, postkolonialnej historii Birmy („lepiej by było jakby Birma dłużej była brytyjską kolonią, byłby tu większy porządek i wyższy standard życia mieszkańców”) i wyniosłym tonem głosu, jednak szybko okazało się, że pod warstwą pretensjonalnego gbura kryło się gołębie serce, a nowy znajomy okazał się moim prawdziwym aniołem stróżem. Zawdzięczałam mu miejsce do spania, wsparcie w chorobie i porządną lekcję życiową – nigdy nie oceniaj ludzi zbyt pochopnie. Ja oceniłam. Za wcześnie, zbyt surowo, a dostałam w zamian za swoją ignorancję potężną dawkę miłości i opieki. Aż mi wstyd.

Za to właśnie cenię podróże. Za to, że można się bardzo pomylić. Źle czuć. Pięknie poznawać ludzi. Próbować nowych rzeczy i albo je pokochać, albo znienawidzić. Za to, że czasem trzeba pokornie uderzyć się w pierś i przyznać do błędu. Że trzeba uczyć się przyjmować dobro i po prostu za nie dziękować. Nie zawsze nasze podróże będą pasmem pięknych i błogosławionych chwil. Czasem będą naznaczone trudem i brakiem komfortu – i na tym polega ich całe piękno i urok. Od nas zależy też jak ten brak urok będziemy przeżywać. Życzę Wam wielu niespodzianek na Waszych drogach!

Autor: Joanna Zubkow

One thought on “Na południe

  1. Małgorzata

    Podrozowanie z Toba to piekna lekcja zycia dla mnie… czekam na kolejne posty z niecierpliwością

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *