Turystą być

Czasem dobrze jest być turystą. Turystyczne miejsca nie muszą być takie złe, jeśli się rozpracuje system i nie łazi wszędzie tam, gdzie cała reszta. Mają one parę atutów: bezpieczną dla europejskiego żołądka ofertę gastronomiczną, pewność miejsca noclegowego i potencjalny tłum kolegów po turystycznym fachu, z którymi można się zbratać na kilka dni podróży. To już dużo! Dotarłam więc nad Inle Lake dość ukontentowana – zakwaterowana, najedzona i zaprzyjaźniona z połową hostelu od razu poczułam się pewniej i zaczęłam zgłębiać zakamarki Nyaungshwe.

Nie obeszło się oczywiście bez „zaliczenia” szlagierów. Pojechałam na rowerze z moimi amerykańskimi koleżankami do jednej z popularniejszych winnic w Birmie na degustację wina! Już dawno nie miałam przyjemności konsumpcji tego szlachetnego trunku, który niestety w wydaniu azjatyckim okazał się dość paskudny (zwłaszcza czerwone wino było średnio strawne). Jednak atmosfera, piękny widok na zachodzące nad jeziorem słońce zrekompensowały nam cierpienia podniebienia. Do typowych atrakcji zaliczyłabym również rejs łódką, na który namówiły mnie nowe znajome. Popłynęłyśmy tradycyjną trasą na Inle Lake i cóż…, było słabo. Jeździliśmy od warsztatu do warsztatu, od sklepu do sklepu, na turystyczny targ ze stosem pamiątek i do obleganego przez przyjezdnych klasztoru. No fajnie, fajnie, ale już w południe miałam dosyć i z radością przyjęłam wiadomość o przerwie na obiad. Postanowiłam, że kolejne dni jednak spędzę bardziej „po swojemu”…

Poszperałam trochę po przewodnikach, popytałam miejscowych i okazało się, że za jeziorem Inle, leży kolejne mniej znane i prawie zupełnie nieodwiedzane jezioro Sankar. Niestety podróż tam z uwagi na dystans jest dość kosztowa, jednak warto. Cóż, było zrobić – musiałam skompletować załogę do łodzi! I tym razem miałam farta – napatoczyłam się na recepcji na dwóch turystów z Kanady, którzy generalnie nie mieli za bardzo pomysłu na to jak spędzać czas i z radością przyjęli wiadomość, że im go zagospodaruję!

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem i już od samego początku naszej wycieczki wiedziałam, że podjęłam słuszną decyzję. Jak tylko oddaliliśmy się od słynnego jeziora Inle i zostawiliśmy turystyczny tłok i zgiełk motorów łodzi za nami, otoczyła nas cisza i piękna birmańska przyroda. Płynęliśmy wśród trzcin i wzbijających się do lotu ptaków. Rzeka meandrowała wśród wzgórz, a my przyglądaliśmy się mijanym ludziom i wioskom. Samo jezioro Sankar jest znacznie mniejsze od Inle i dużo bardziej zarośnięte, ale odnajdziemy tu wszystko co sprawia, że ten region Birmy jest tak popularny i malowniczy, a więc stawiane na jeziorze na palach domy, podtopione przez wodę pagody, rękodzieło, wszystko jednak w wydaniu bardziej minimalistycznym i mniej przytłaczającym, niż przygotowane na przyjęcie tysięcy turystów dziennie wioski przy Inle Lake.

Pół dnia spędziliśmy włócząc się po jeziorze Sankar, pijąc herbatę z lokalnymi dziadkami w zatopionej częściowo pagodzie, spacerując po wiosce, w której przywitały nas podekscytowane obecnością nieznanych przybyszów dzieciaki z miejscowej podstawówki. Odwiedziliśmy też lokalną destylarnie ryżowej wódki – miła posiadówka i godzinne rozmowy o wszystkim i niczym zaskutkowały zacieśnieniem naszych kontaktów towarzyskich. Po tak miłym dniu wiedzieliśmy już, że kolejny również spędzimy razem na penetrowaniu mniej oczywistych okolic regionu Inle.

Celem numer jeden stał się lokalny market z morzem owoców i warzyw, stoiskami z betelem i thanaką – specjalnym drzewem, które w wyniku ucierania na kamiennym kręgu, wytwarza białą maź – znaną i często używaną przez miejscowe kobiety jako kosmetyk i receptę na gustowny makijaż. Później krążyliśmy jeszcze po rzadko odwiedzanych ruinach, wioskach gdzie diabeł mówi dobranoc, by dzień pożegnać iście turystycznym akcentem – zachodem słońca na środku jeziora z rybakami w tle.

Włócząc się po rozmaitych krajach można przybrać dwie postawy – iście komercyjną i turystyczną: rozbijać się po hotelach i brać udział tylko w zorganizowanych wycieczkach, miasta zwiedzać z przewodnikiem i jadać tylko w knajpach polecanych przez TripAdvisor. Można również negować i z pogardą patrzeć na tłum zwiedzających, jadać tylko w lokalnych budkach, nie zwiedzać, a omijać łukiem znane miejscówki etc. Jeśli spytacie mnie o zdanie, który sposób jest lepszy, odpowiem: „dokładnie ten po środku”! Dobrze jest wybrać się na wyprawę w nieznane i być jedyną białą osobą w wiosce, dobrze nie iść za tłumem, a podążać własnymi ścieżkami. Dobre również od czasu do czasu być z ludźmi, w hostelu, robić to co wszyscy i zjeść dobrą kolację ze znajomymi. Wszystko dla ludzi. Byle z głową!

Autor: Joanna Zubkow

 

One thought on “Turystą być

  1. Małgorzata

    Podrpzowac w zgodzie ze sobą to niezwykla umiejętność.. i ty ją masz.. dlatego twoje posty tak kuszą 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *