Zmiana planów!

Czasem w trakcie podróży wszystko idzie nie tak jak powinno. Plany zmieniają się w przeciągu sekundy, wieczór zastaje nas w złym mieście, o złej porze i w dodatku bez jedzenia w plecaku. Gdy wysiadłam na dworcu w Bagan, do którego co prawda chciałam dotrzeć, ale dopiero za parę dni, nie miałam ani wody, ani nawet banana pod ręką. Stałam zła, bo cel mojej podróży – Mindat, a konkretnie autobus do tej górskiej miejscowości uciekł mi właśnie sprzed nosa. Bagan oczywiście kusiło wiekowymi świątyniami i malowniczymi zachodami słońca, ale równocześnie odstraszało turystycznym zgiełkiem i wszechobecnym jarmarkiem. Postanowiłam uciekać.

Wsiadłam w autobus i za jakiś czas wylądowałam w małym miasteczku po drugiej stronie rzeki – Pakkoku. Dworzec był gwarny, kierowcy tuk tuków przepychali się do pasażerów wychodzących z busa, kobiety handlowały owocami, wszędzie w powietrzu unosił się kurz, a dokoła panował ciężki do zniesienia zgiełk. Szybko wydostałam się z otaczającego mnie ścisku i poprosiłam jednego z kierowców o podwózkę do najbliższego motelu. Hotelik znajdujący się przy głównej ulicy miasteczka nie pociągał swoim wyglądem. Pokój przypominał więzienną celę skrzyżowaną ze szpitalną izolatką. Grzyb łypał na mnie złowrogo z sufitu, brak okna nie nastrajał pozytywnie do życia, a łazienka w której jedynymi akcesoriami była dziura w ziemi i wiadro nie zachęcała do ablucji. Szybko więc wypełzłam na ulicę i postanowiłam jak najwięcej czasu spędzać poza miejscem noclegowym, gdzie dłuższa bytność groziła depresją.

 

Pakkoku w mojej pamięci zapisało się jako wielka plątanina ulic, uliczek i straganów. Kobiety przyozdobione birmańskimi makijażami wykonanymi specjalną pastą z drzewa thanaka oferowały usługi kosmetyczne przy wejściu na główne targowisko. Sterty butów, laczków, klapek wysypywały się na ulicę, tuż obok jakaś stara kobiecina handlowała jajami. Za rogiem ktoś szlifował klucze, jakiś naganiacz starał się nakłonić mnie do kupna longyi – tradycyjnej tkaniny, którą zarówno mężczyźni jak i kobiety noszą w Birmie jako spódnice (tak, mężczyźni też!). Zmęczona długą przechadzką pod koniec dnia skryłam się w jednej ze świątyń i oddałam lekturze. Gdy głód mnie zmógł udałam się do pobliskiego baru…

Weszłam – wszystkie głowy zwróciły się w moją stronę. Nie dość, że byłam jedyną białą osobą w knajpie to jeszcze jedyną kobietą. Nie zrażona okolicznościami i pełnym sensacji przyjęciem, podeszłam do najbliższego stolika i zajęłam miejsce. Po jakimś czasie dosiadł się do mnie mężczyzna i rozpoczął rozmowę łamaną angielszczyzną:

„Cześć” – powiedział.

„Cześć!” – opowiedziałam

Nastąpiła długa cisza, przerywana brzęczeniem much nad moim talerzem i jego chrząkaniem, które zapowiadało, że nie będzie to koniec naszej rozmowy. Rzeczywiście, był to dopiero jej początek. Po zwyczajowym wypytaniu o kraj pochodzenia, zawód, stan cywilny, wiarę i ilość dzieci (tak tak, wcale nie przesadzam!) mój rozmówca przeszedł do meritum. „Jutro o 9:00 po Ciebie przyjadę, spędzimy cały dzień razem”. Jako że zabrzmiało to ciut jak groźba starałam się delikatnie wymigać od tej oferty nie do odrzucenia. Mój towarzysz był jednak nieugięty: „Jestem z Birmy. Pakkoku to mój dom. Ty jesteś tu gościem. Kwestią honoru i moją odpowiedzialnością jest podjąć Cię w moim kraju godnie. Będę o 9:00!”. I odszedł. Nawet nie miałam jak zaprotestować.

Czasem się zastanawiam czy nie właśnie tak rozpoczynają się te wszystkie historie o turystach porwanych w dalekiej Azji. No ale czym byłby świat gdybyśmy wzajemnie sobie nie ufali, a KoKyaw (bo tak miał mój gospodarz na imię) dobrze patrzyło z oczu. Moja intuicja podpowiadała mi, że powinnam mu zaufać, bez większych wątpliwości wsiadłam więc do samochodu. Spędziliśmy razem cudowny dzień. KoKyaw okazał się nauczycielem chemii w lokalnej szkole, wiedział wiele o historii miasteczka, tradycjach ludzi tu żyjących, znał również chyba wszystkie świątynie w promieniu 10 km i równie wiele barów. Rozmowom więc i uciechom nie było końca. Jego żona była niezwykle gościnną, pogodną osobą, która na mój widok prawie popłakała się z radość, a koniec końców uszyła mi piękne longyi, które z dumą nosiłam jeszcze przez kilka dni.

Cały dzień był wprost doskonały, a pod wieczór jak się okazało miało na mnie czekać jeszcze więcej atrakcji. KoKyaw okazał się wielbicielem karaoke, a Pakkoku najwyraźniej było birmańskim imperium muzycznych uciech. Wieczór więc spędziliśmy wraz z jego kolegami, potupując w takt lokalnej nuty, on darł się do mikrofonu, my klaskaliśmy i kołysaliśmy się na parkiecie. Moi nowo poznani kumple byli zachwyceni entuzjazmem, jaki wykazywałam w odbiorze dzieł lokalnej pop-kultury, szybko uznali mnie za fankę Birmy i doszli do wniosku, że trzeba mnie jeszcze głębiej zaznajomić z lokalnym folklorem – tak dotarliśmy na paw.

 

 

Tu należy się kilka słów wstępu o tym czym jest paw. Pierwszy raz z tą nazwą natknęłam się czytają słynne „Birmańskie dni” Orwella. Spektakl składający się z tańców, śpiewów, ulicznego teatru i niezbyt wyrafinowanych dowcipów był przedstawiany przez autora jako orgia zmysłów, ale i też orgia rozumiana w pełnym tego słowa znaczeniu. W praktyce wyglądało to tak, że całe przedstawienie prowadziło dwóch komików, wspomaganych przez zespół muzyczno-wokalny. Moi przewodnicy wytłumaczyli mi mniej więcej o czym rozprawiają na scenie. Gdy zainteresowana przysunęłam się ciut bliżej usłyszałam z głośników: „Good evening, Ladies and Gentelmen!”. I znów jak poprzedniego dnia w barze cała sala zwróciła ku mnie wzrok. Jakiś mężczyzna ubrany wytwornie podbiegł w moją stronę i zaprowadził do strojnie przybranego kwiatami krzesła na migi pokazując, że mam usiąść. „No to jestem w kropce, całą moją anonimowość szlag trafił” – pomyślałam i szybko okazało się, że była to myśl prorocza. Na drugim końcu sali, powstał niejaki rejwach i już w moją stronę sunęła dziennikarka z mikrofonem w ręku, a za nią spocony kamerzysta…

Trzeba przyznać, że był to dość intensywny dzień. Świątynie, bary, karaoke i w końcu debiut w birmańskiej telewizji. Gdy wracałam do mojego moteliku z grzybem na suficie odczuwałam wielką wdzięczność – tyle serca i opieki, jak w tym małym birmańskim miasteczku nie doświadczyłam chyba jeszcze nigdzie. Moi dobroczyńcy nie poprzestali jednak tylko na tym. Następnego dnia zawieźli mnie do swojej rodziny w Bagan. Bagan, które wraz z tysiącami świątyń buddyjskich jest symbolem Birmy, tętni turystyką i nocnym życiem. Takie miejsca na ogół są ciekawe przez pięć minut, ale później szybko nużą i odstraszają wszechobecną komercją, plastikiem. Dzięki znajomym z Pakkoku i Bagan było dla mnie inne – bo poznawane od podszewki, od strony pobliskich wsi, z siodełka rozwalającego się skutera. Z Bagan kojarzą mi się smak kiszonej herbaty z prażoną soją, małych rybek, które rodzina KoKyaw łowiła z rzece i zapach suszonej laki – familia miała mały warsztat na przedmieściach…

Owszem – w Bagan było wszystko co każdy turysta „musi” zrobić będąc w Birmie, więc i wschody i zachody słońca i loty balonem, stragany i kolacje w knajpach stojących w cieniu antycznych ruin. Ja jednak zapamiętam najbardziej czekanie o świcie na ciepłą herbatę i obserwowanie żebrzących po okolicznych straganach mnichów, obserwowanie jak modli się w świątyni żona KoKyaw, jej zaangażowanie i spokój. Chodzenie po ciemku do nie odwiedzanych przez nikogo świątyń i świątynek, z których rozciągał się bajeczny widok na dolinę.

Gdy wyjeżdżałam byłam pewna, że nie zobaczyłam nawet połowy miejscowych atrakcji, ale jednocześnie czułam, że zobaczyłam dużo, dużo więcej. Czasem dobrze, gdy nam w podróży coś nie wyjdzie, warto tylko zachować spokój i szeroko otwarte oczy!

Autor: Joanna Zubkow

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *